środa, 2 stycznia 2013

Podniebne uniesienia :-)


Czy to nie powinno być bardziej proste? Ilekroć proponowałem dziewczynie spotkanie, czułem, że moje kruche serce wisi na cienkiej nitce, a kiedy ona powie nie, nitka zerwie się. Poznaliśmy się na jakimś przyjęciu, rozczuliła mnie jej niewinność. Mieszkała w zielonej tęczówce oczu, wiotkiej figurze uśmiechu, który opromieniał jej twarz. Kiedy słuchając mnie, widziałem skrzydła ptaka, który szybuje w stronę mego ramienia. Zaproponowałem spotkanie, kiedy powiedziała chętnie. Poczułem, że moje rozkołysane serce nieruchomieje, aby znowu bić już spokojnym rytmem. Umówiliśmy się na rynku nowego miasta. Wybrałem to miejsce, jedno z nielicznych gdzie ocalało piękno architektury. Przyszedłem wcześniej i schowałem się w bramie. Chciałem zobaczyć jaka jest, gdy nie wie jak ktoś na nią patrzy. Naburmuszyła się widząc moją nieobecność. Zbliżyłem się zasłonięty białymi liliami, a ona uśmiechem wytarła nadonsami. Przyjęła kwiaty, zanurzyła się w nich i zaciągnęła zapachem. Czy słyszysz jak to gra, wskazując na kościół, klasztor i okoliczne budowle. Co gra zapytała, trochę speszyło mnie to pytanie. Ona, która przypomina utwór muzyczny, powinna czuć harmonie i muzykę architektury. Nie jadła mięsa, nie jadła prawie nic. Lubiła tylko ruskie pierogi, ale ta wybredność też była dla mnie wzruszająca. Ujęty delikatną urodą dziewczyny, bez trudu wszystko w niej uznałem za ujmujące. W ekskluzywnej restauracji jakimś cudem dokopano się ruskich pierogów, z tego wszystkiego ja też je zamówiłem i nawet mi smakowały. Odzywała się rzadko, ale potrafiła inteligentnie milczeć. Tak przynajmniej czytałem jej milczenie. Nie wiem gdzie pracowała, nic o niej nie wiedziałem. Chociaż chciałem wiedzieć wszystko. Nie potrafiłem pytać, czy ma jakiegoś mężczyznę, może przed chwilą z nim zerwała. Intuicyjnie czułem, że jest tuż po rozstaniu i trafiłem na odpowiedni moment. Była tak delikatna i subtelna, że nie mogłem sobie jej wyobrazić w rękach innego mężczyzny niż ja. Na ulicy chciałem się pożegnać i umówić ponownie gdy niespodziewanie zaprosiła mnie do siebie, jakby nigdy nic. Nie potrafiłem jej odmówić, ale czułem, że jej delikatność, stoi w niepokojącej sprzeczności z tym zaproszeniem. Jechałem za nią, byłem dobrym kierowcą, ale to cud że się nie zgubiłem, bo gwałciła wszelkie przepisy. Robiła to z pewną siebie niewinnością. Kiedy zaparkowaliśmy, byłem spocony jak po biegu. Obskurny budynek z lat 60-tych stał wtłoczony między stare domy. Winda wyglądała jakby wożono nią drapieżne zwierzęta. Czułem, że wstydzi się tej windy więc odruchowo zamknąłem oczy. Pokój, który wynajmowała, był jednak gustownie urządzony, chociaż miałem dojmujące uczucie, że przedmioty nie pasują do siebie. Jakby kupowały je zupełnie różne osoby. Boczne okno wychodziło na dach przylegającej do domu niższej kamienicy. Takie okna są w Polsce z reguły okratowane. To było wolne od krat. W lecie się tu opalam. Czasami nago, powiedziała i chyba się zarumieniła. Nie wiem kiedy na stole pojawiło się wino. Ono też mnie onieśmieliło. To ja powinienem przynieść wino, ale kto mógł się spodziewać? Nie wiem kiedy je wypiliśmy. Jako kierowca nie powinienem tego robić. Nie wiem kiedy położyła się na łóżku, a ja usiadłem na jego brzegu i położyłem rękę na jej kolanie. Nie zareagowała. To była jedna z trudniejszych decyzji w mym erotycznym życiu, czy moja dłoń powinna powędrować w górę. Nie zdążyłem jej podjąć. Może wolisz żebym włożyła nocną koszulę? Jest późno. Zapytała trochę dziecinnie. Jak by włożenie nocnej koszuli dotyczyło tylko snu. Pobiegła do łazienki w podskokach, jak dziecko. Wróciła juz przebrana. Miała na sobie bawełnianą srebrną koszulę. Ten materiał lejący się jak woda i jak woda chłodny, pobudzał mnie erotycznie. Teraz położyłem usta na jej udzie. Nie poruszyła się. Jej skóra pachniała morzem stygnącym po upalnym dniu, moje wargi wpadły w poślizg. Chciałem zatrzymać się w okolicy uda. Tam skóra była jeszcze bardziej gładka. Jechałem więc dalej. Otworzyła się, jak otwiera się drzwi komuś bliskiemu. Nigdy jeszcze nie smakowała mi tak płeć kobiety. Łagodna potrawa, gdzie wszystkiego jest w sam raz. Szybko miała orgazm, subtelny ale głęboki. Jej szczyt zmienił się w nasze wspólne wielkie szumiące pole traw, na którym położyłem głowę. wdychając jej zapach. Kocham cię, szepnęła. A ja poczułem, ze rozpuszczam się w tych słowach jak kostka cukru w gorącej herbacie. Tak długo szukałem swojej miłości, a teraz znalazłem ją nagle przypadkowo. Poczułem jak rośnie we mnie fala uczucia, gdy uniosłem się by wejść w ten błogostan ze swoja burzą, usłyszałem pukanie do drzwi. Zastygła stając się nagle posągiem białym i doskonale harmonijnym. To on, szepnęła. Jaki on, stłumiła pytanie kładąc mi dłoń na ustach. Ubrała się szybko. Sam nie wiem kiedy uczyniłem to samo. Stukanie zamieniło się w dziwięk bardziej brutalny jakby ktoś kopał w drzwi. Pościeliła łóżko i w biegu, który przypominał taniec, pozacierała ślady naszej obecności. A teraz wychodzimy przez okno. Szybciutko, szepnęła. Mówiła jakby proponowała jakąś zabawę. Zgasiła światło, wyjęła lilie z wazonu, najwyraźniej zamierzała zabrać je ze sobą. Zaprotestowałem. Wszedłem tu przez drzwi i zamierzałem nimi wyjść. Nic mnie nie obchodzi jakiś zazdrośnik. Powtórzyła coś kilka razy szeptem. Nie zrozumiałem słów. Brzmiało to dosyć groźnie. Bardziej przejąłem się siłą z jaką ciągneła mnie do okna. Po ciemnej stronie światactała metalowa składana drabinka. Poczułem się jak chłopiec, który po kryjomu wykrada się z domu. Dachy zawsze mnie fascynowały. Chodzenie po nich to moje marzenie z dzieciństwa. Było ciemno. Pachniało papą, która parowała rozgrzana upałem dnia. Podała mi kwiaty. Uważnie by nie pognieść płatków. przymknęła zręcznie okno, potem wzięła bukie a ja zostałem obarczony drabinką. Chwyciła moją dłoń i zaskakująco pewnie prowadziła po wąskiej drewnianej kładce. Po co to wszystko zapytałem. Zabił by. Powiedziała tak bardzo nieswoim głosem, że uwierzyłem. Czy to jej mężczyzna, jakiś szaleniec, a może tylko ojciec? Najlepiej gdyby to był ojciec. Szliśmy szybko, czasami po omacku. Na szczęście nie mam lęku przestrzeni. Kiedyś trochę wspinałem się. Nagle uświadomiłem sobie, że ona chodzi po tych dachach swobodnie, jak po swoim mieszkaniu. Próbowałem na sobie wyobrazić w środku warszawy jak przemykamy się z drabinką i liliami, które bielić się musiały z daleka w zamglonym blasku księżyca. Domy miały różną wysokość, ale znała wszystkie przejścia, musiała wielokrotnie przebywać tą drogę. W jednym z załomów mórów wskazała miejsce, gdzie należy zostawić drabinkę, a kwiaty? Zapytałem. No wiesz? w jej głosie odnalazłem szczere oburzenie. Miałem wiele pytań, ale nie była w nastroju do rozmów. miała jkiś cel i pewnie do niego dążyła. balkon w starym przedwojennym domu. Nadkruszony zapewne w czasie powstania wisiał w miejscu osobliwym. Nieproporcjonalnie blisko dachu. To tutaj, powiedziała zadowolona, jakbyśmy w końcu znaleźli odpowiednią kawiarnię. Wystarczy spuścić się na rękach. Ja potrafię, a ty? Wspinałem się powiedziałem z odcieniem urażonej męskiej dumy, by dodać ironicznie. Zawsze mniej więcej wiedziałem, po co schodzę ze szczytu. Teraz nie wiem. Ratuję mam życie. Powiedziała takim tonem, jakby to było oczywiste i tylko ktoś tak naiwny jak ja mógł to przeoczyć. Pomogłem jej zejść na obszerny balkon. Chociaż sama dawała sobie radę. Zręczna jak wiewiórka. Rzuciłem kwiaty, by z młodzieńczym wdziękiem. Tak przynajmniej mi się wydawało, zeskoczyć na balkon. Za szklanymi drzwiami, paliło sie światło. Sam nie wiem co spodziewałem się zobaczyć. Wiem co ujrzałem. To był wzruszający, realistyczny obraz. Dwoje starych ludzi, siedziało przy okrągłym stole, jedli kolację. Zerkając na telewizor. W pobliżu imbryczka z parującą herbatą, leżał czarny kot zwinięty w kłębek. Wyglądał jak przed chwilą upieczony murzynek. Stary zegar na ścianie, kołysał swoim złotym wahadłem, zapukałem w szybę. Mężczyzna odwrócił się od telewizora, położył widelec. Mrużąc oczy spojrzał w stronę balkonu. Powiedział coś do żony a potem bez wahania podszedł otworzyć drzwi. Jak by oczekiwał przybysza z nieba. Dasz lilie. Szepnęła takim tonem jak uczy się dobrych manier młodych chłopców. No tak, domyślałem się, że to znowu pani. Powiedział starszy pan, wpuszczając nas do mieszkania. Roześmiała się serdecznie, jakby odwiedzała o umówionej godzinie przyjaciół. Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór. chcę państwu przedstawić mojego przyjaciela. Czułem się jak w teatrze a moja partnerka recytowała rolę. Problem, że ja nie znałem swojej. Mężczyzna nałożył okulary, i przyjrzał mi się badawczo. Popatrzył na nią i powiedział z naganą, która wydawała się tylko kokieterią. Pani nieustannie mnoży przyjaciół. uścisnął mi jednak serdecznie rękę i zaprosił do stołu. Helu sąsiadka z nowym przyjacielem. Oby był równie sympatyczny jak poprzedni, odparła kobieta. Przedstawienie więc trwało nadal. Nagle przypomniałem sobie swoją rolę. Szarmancko podałem gospodyni kwiaty, całując ją w dłoń, która pachniała ciastem i ziołami. Rozpromieniła się i powiedziała. Muszę przyznać sąsiadko, że wszyscy pani przyjaciele maja gust do kwiatów i znowu taki ładny chłopiec. Nie czułem się w swojej 30-tce ładnym chłopcem. Nie czułem się dobrze będąc jakimś kolejnym, który wręczał kolejne kwiaty spadając zapewne z kolejnego nieba. Jak to możliwe, że coś co było w najwyższym stopniu nienormalne ci ludzie traktowali tak naturalnie. Zostały postawione dwa nowe talerze i zaproszono nas do stołu. Kot na chwile podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Miałem wrażenie, że uśmiechnął się. Widziałem uśmiechające się persy, uśmiechnięte koty, należą do rzadkości. Nie byłem głodny, ale zgromiony jej spojrzeniem, wepchnąłem w siebie dwie kanapki. Potem wdałem się w polityczną dyskusję z gospodarzem. Ach, ci mężczyźni. Oni zawsze się kłócą o politykę. Uśmiechnęła się do niej staruszka, a ona właśnie kopała mnie pod stołem, pewnie w intencji, abym miarkował swe opinie. Wstałem, podziękowałem za kolację. Powiedziałem stanowczo. Na mnie już czas. Byłem pewien, że pójdzie ze mną i wyjaśnię do końca całe to szaleństwo. Nie zamierzała mi towarzyszyć. W telewizji, zapowiedziano serial, który lubiła. Poszedłem w stronę balkonu. Nie tędy, młody człowieku. Teraz można drzwiami, wszyscy pana koledzy wychodzili drzwiami. Pouczyła mnie gospodyni. Zamierzałem spojrzeć na moja ukochaną okiem bazyliszka. Zapewne było to jedynie oko rannego jelenia. Uśmiechnęła się tym samym niewinnym uśmiechem, który stał u źródeł naszej znajomości. Wychodziłem odprowadzony przez całą trójkę, a nawet przez kota, który zeskoczył ze stołu. Wygiął grzbiet i otarł się o moja nogę. I nie do wiary. To mnie zabolało. Otworzyłem drzwi, sprawdziłem czy są schody. Szedłem nimi nie zapalając światła. Na wszelki wypadek, na jaki wszelki wypadek, jednak nie wiedziałem. Nazajutrz, próbowałem do niej zadzwonić. Numer który mi podała, był telefonem izby wytrzeźwień. Udało mi się odnaleźć jej dom. Był wieczór, wilgotny i ponury. Stanąłem przed drzwiami, z sercem w okropnym stanie, z nerwami jak struny harfy, w które uderzył nagły deszcz. Słyszałem, że ktoś jest w środku. Nikt jednak nie otwierał. Zacząłem walić pięścią w drzwi. Potem w nie kopać. odpowiadały głucho, jak pusta skorupa. 
Z książki "Balkon do nieba"   

sobota, 27 października 2012

Meandry kulturowe.

Obyś była matką tysiąca synów. Życzą sobie kobiety w dniu ślubu. Chłopiec gdy dorośnie, pomoże wyżywić rodzinę, a później zaopiekuje się starymi rodzicami. Zjawia się w domu jak młody bóg, rozpieszczany i hołubiony, może liczyć na pierwszeństwo we wszystkim, dłuższy sen, lżejsze obowiązki, szkołę.
O dziewczynkach mówi się, że są jak rośliny, które zakwitną w cudzym ogrodzie. Ich wychowanie to bezzwrotna inwestycja. Bo za mąż pójście to zerwanie więzów z własną rodziną i odejście do domu męża. To przeniesienie jest sprawą konieczną, bo honorowe, ale także niezwykle kosztowne. Rodzice panny młodej muszą przygotować posag, co zwykle dla nich oznacza zadłużenie na lata. Jeśli mają kilka córek muszą wydać je za mąż jak najprędzej.
Młodsza dziewczyna kosztuje mniej. Dlatego aranżuje się małżeństwa kilkuletnich dzieci. A nawet noworodków.
Instytucja posagu uległa w XX w. przerażającej deformacji. Sam pomysł był szlachetny. Zabespieczyć los młodej dziewczyny, kilka bransoletek, kilka kolczyków i naszyjnik, miały jej zapewnić odrobinę godności i niezależność w surowym i obcym świecie przyszłych krewnych. Początkowo posag miał wymiar symboliczny. Z czasem stał się przekleństwem o zabójczych konsekwencjach. Jego żniwo to miliony kobiecych istnień. Córka zagraża przetrwaniu rodziny, więc wielu rodziców woli się jej zawsczasu pozbyć. W Indyjskiej populacji jest wielka dziura, brakuje milionów dziewczynek. Znikają codziennie, w tajemnicy, hipokryzji i kłamstwie. Na wsiach są różne sposoby. Podaje się im trujący miąż oleandrów. Koktajl z pestycydów, opium, albo surowy ryż, który uszkadza delikatne narządy. Dziewczynki są duszone, zakopywane żywcem, wrzucane do studni, , a czasem po prostu zostawione samym sobie, by umarły z głodu. Na te zabójstwa spada zasłona milczenia. Nawet w małych wioskach, gdzie ciąży nieda się ukryć sąsiedzi nie zadają pytań, a policja nie interweniuje. Matki zabijają bo nie mają za co wykarmić i wydać za mąż kolejnej córki. Lub ze strachu, że jeśli nie urodzą syna, mąż je porzuci i poszuka innej kobiety. Ale bywa i tak, że gdy ojciec zabija dziecko, kilku krewnych trzyma krzyczącą z rozpaczy matkę. Kobiety znajdują swe martwe córki i w lodowatym spojrzeniu teściowych widzą ostrzeżenie. Jaka kolwiek próba protestu czy walki może i dla nich skończyć się tragicznie. Na wsiach do zabójstw doprowadza makabryczna plątanina tradycji, bezradności, ubóstwa, i braku edukacji.
W miastach środki są bardziej wyrafinowane, ale bezwzględność ta sama. Technologia, zaawansowana medycyna, wykształcenie i grube portfele rodziców, zamiast gwarantować dziewczynkom bespieczeństwo, potęgują zagrożenie. Pozwalają eliminować kobiety ze społeczeństwa przez selektywne aborcje. Hindusi przekupują lekarzy, by jak najwcześniej poznać płeć płodu. Jeśli to niechciana dziewczynka, usunąć ciążę. Skala zjawiska jest tak duża, że prawo przeprowadzania badań ultra sonograficznych zostało restrykcyjnie ograniczone. A lekarze nie mogą ujawniać płci płodu. Nie mogą, ale robią, przy okazji podając telefon do prywatnego gabinetu, gdzie oferują aborcje.
Wielu z tych ginekologów to kobiety, na zabieg najczęściej decydują się rodziny z lepszych dzielnic wielkich miast. Te, których główną troską jest prestiż. W świecie bogaczy o losie dziewczynek nie decyduje widmo zapaści, ale głęboko zakorzenione przekonanie, że są mniej wartościowymi ludźmi. W klasie średniej, gdzie rywalizacja jest ostrzejsza a konwenanse silniejsze niż na wsiach, częściej dochodzi również do zabójstw z powodu posagu. To tzw. dauridetz, ta szczczególna kategoria śmierci, podobnie jak zabójstwa żeńskiego noworodka i aborcja żeńskiego płodu, ma własną terminologię i miejsce w kodeksie karnym. Została opatrzona osobnym paragrafem kary a nawet osobnym trybem prowadzenia w śledztwie. Jest wytworem Indyjskiego społeczeństwa, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, jak krwawe dziedzictwo ofiary, żądzy posagu. To często żywe pochodnie konające na oczach bliskich młode kobiety oblane naftą i podpalane. Miotające się w zamkniętych domach, albo na podwórkach.
Kiedy przyjdzie policja, krewni zgłaszają wypadek w kuchni. To wiarygodna formuła. W Indiach ciągle gotuje się na palnikach naftowych, buchających kapryśnym i trudnych do kontrolowania ogniem. Sąsiedzi, choć ich domy dzielą od miejsca zbrodni nawet metr lub dwa, zapewniają, że nie słyszeli krzyku. Są zaszokowani, tak jak wracające właśnie z targu teściowa i mąż, który podobno cały dzień był w pracy. Standardowe śledztwo potwierdzi, że to był nieszczęśliwy wypadek i zostanie szybko zamknięte.
Chyba, że dociekliwy policjant podczas brutalnego przesłuchania ustali, że podpalona kobieta i jej rodzice byli miesiącami szantarzowani o pieniądze. Gotówka i biżuteria, którą przekazali
mężowi w dniu ślubu, nie wystarczyły. Pojawiły się nowe żądania. Telewizor, skuter, kamera wideo, samochód, lodówka. Kobieta za każdym razem gdy wysyłali ją do domu, miała na ciele siniaki, ślady rażenia prądem, duszenia. Presja rosła. Ojciec i matka zastawili wszystko co mogli. A kiedy rodzina męża uznała, że więcej nie dostanie, zabiła. Decyzja i wykonanie są zbiorowe, tak samo jak kłamstwa tuszujące zbrodnie. Zbiorowe nie tylko dlatego,że wykonane przez całą rodzinę w jej wspólnym interesie. Przyzwolenie na zabójstwo jest wszechobecne i rodzi się w chwili kiedy dziewczynka przychodzi na świat. Czai się w milczącej obojętności sąsiadek, w nieczułych spojrzeniach policjantów, których żony także wniosły posagi. W opieszałości sędziów wydających wyrok na swoje córki i córki ich córek. Daurydetz to zbrodnia uniwersalna i popularna. Zdarza się w szanowanych domach gdzie nie gości bieda. Giną żony prawników, urzędników, inżynierów i lekarzy, zabija je kulturowa nienawiść i chciwość. Mord nie jest wyprowadzony poza obszar życia codziennego. Dokonuje się w samym sercu, pozostawiając ziejącą ranę. Różne są tylko narzędzia zbrodni i scenariusze pozorowania wypadków w płomieniach, zmienia się czasem w aranżowane samobójstwo przez powieszenie, otrucie, ale motywy i poprzedzające zbrodnie tortury są takie same. O tragicznych zgona młodych żon indyjskie gazety piszą niemal codziennie. Notki są krótkie i mdłe regularnie zlewają się z opowieściami o kraju w którym bycie kobietą jest śmiertelnie niebespieczne. Płonące w domach kobiety są przedłużeniem satti. Rytuału palenia wdów na stosach pogrzebowych mężów. Zakazanego w XIX w. Wdowa, która spłonie wraz ze zwłokami męża zostanie (zwyczaj wciąż jest praktykowany, choć oficjalnie przypadki satti rejestruje się niezwykle rzadko) wyniesiona do godności świętej. Będzie uosobieniem cnotliwości i prawdy. Wypełni ideał małżeńskiego oddania niczym Sitta. Bohaterka Ramajamy, która rzuciła się w płomienie, by udowodnić bogom i swojemu mężowi Ramie, że pozostała nieskalana, choć długo przebywała w mocy demona Rwany. Bóg ognia Agni dostrzegł niewinność Siti i wyniósł ją z płomieni.
Umierające na stosach kobiety gdy stają się satti dostępują chwały. Są wielbione w budowanych na ich cześć świątyniach. Zapewniają  rodzinie status i szacunek. Najznakomitsze rody Raczputów z Radżestanu, szczycą się, że mają je pośród przodków. Gloryfikujący śmierć rytuał dokonuje się na oczach świadków. Kobiety nie zawsze wchodzą na stos dobrowolnie. Są zmuszane, odurzane narkotykami. Sati poza aspektem duchowym ma też prozaiczny wymiar. Pozbycie się wdowy pozostawia majątek w rękach rodziny męża i uwalnia krewnych od obowiązku utrzymywania samotnej kobiety, obcowania z jej nieczystą postacią.
W ostatniej chwili przed podpaleniem stosu krewni zachowują zimną krew. Pamiętają by zdjąć biżuterię z jej nóg i rąk. Dla wielu wdów spalenie satti to nic tylko droga do świętości, lecz także ucieczka przed okrótnym losem, gdyż wraz ze śmiercią męża unicestwieniu ulega sens życia kobiety. Jej prawo do istnienia od narodzin wiąże się z mężczyzną. Najpierw opiekunami są ojciec i brat później mąż, wreszcie najstarszy syn. Pozbawione męskiego pierwiastka stają się balastem, wyschniętą rośliną. Nie wyjdzie ponownie za mąż i nie wyda już z siebie życia. Na nic się nie przyda. Wraz z mężem traci tarczę osłaniającą ją przed brutalnością rodziny. W wiejskich społecznościach wdowieństwo to śmierć za życia. Rygorystyczna asceza, bezlitosna redukcja istnienia, smutna wegetacja wśród zakazów. Po śmierci męża wdowa wyrzeka się ozdób. Przede wszystkim tej najbardziej cenionej włosów. Goli głowę i zdejmuje biżuterię. Odtąd będzie nosić wyłącznie proste białe sari, zapomni o radościach i rozrywkach, o słodyczach i przyprawach. Będzie jeść mdłe i skromne potrawy. Nie siądzie do posiłku z krewnymi, nie będzie uczestniczyć w przyjęciach towarzyskich. Oddali się od życia, zjednoczy w śmierci z mężem i skupi na tym by nie splamić honoru rodziny. Zdarza się, że wdowy są głodzone, zmuszane do spania na podłodze, żebrania, wreszcie wypędzane z domu. Jedynym ratunkiem przed tak straszliwym losem jest troskliwy syn. On zapewni kobiecie poważanie, dlatego jego więź z matką jest silna. Narastająca latami wdzięczność, staje się polisą. Rodząc córkę, kobieta myśli o dniu, kiedy się z nią rozstanie. Wydając na świat syna zapewnia sobie, godne życie i śmierć.
 "Lalki w ogniu" Paulina Wilk   
 

piątek, 19 października 2012

Podsłuchane.

Na przystanku siedzą dwie starsze panie i opowiadają o swoich chorobach, dolegliwościach o lekarzach, który dobrze leczy a do którego nie warto chodzić...  W końcu zamilkły.
-I popatrz jak to się dziwnie układa, odzywa się wreszcie jedna z nich. Kiedyś opowiadałyśmy o chłopakach, miłości, o kolejnych partnerach. Dzisiaj, chłopaki nasze nie żyją, o seksie nie wypada, zostały nam tylko choroby.